Uwielbiam pudry sypkie, dużo lepiej sprawdzają się u mnie niż te prasowane czy w kamieniu. Dlatego dzisiaj przychodzę do Was z recenzją pudru ryżowego od Deni Carte. O marce słyszałam dużo pozytywnych opinii, aż w końcu i mi udało się przetestować coś z ich asortymentu.
Bardzo spodobała mi się matowa zakrętka ale tylko do pierwszego użycia, kiedy zauważyłam jak szybko się brudzi. Plusem jest to, że dosyć łatwo się ją czyści. Opakowanie zawiera 15 g. produktu przy czym zauważyłam, że puder jest bardzo wydajny.
Zaskoczy Was pewnie jego największy minus, który mi strasznie przedłużał wykonywanie makijażu. Mam tu na myśli dozowanie produktu. Przez sitko wylatuje tak mało produktu, że kilka razy muszę uderzać w pudełeczko aby na zakrętkę wypadła mi jego kolejna porcja. Ta czynność także jest dosyć denerwująca, ponieważ przyzwyczaiłam się do tego, że wystarczy delikatnie uderzyć palcami w dno pudełeczka aby wydobyć puder. W tym wypadku pukam i pukam- jest to niesamowicie denerwujące. Może dla niektórych jest to zaletą, gdyż ''oszczędzamy'' zawartość. Jednak kiedy chcę wydobyć puder, ląduje on poza zakrętką. Dlatego wolałabym nadmiar odsypać z powrotem do pojemniczka.
Przejdźmy jednak do samego kosmetyku. Puder nie zawiera talku dlatego nie muszę martwić się o przesuszenia na twarzy. Posiada biały kolor, który po nałożeniu ładnie dopasowuje się do kolorytu cery. Przeznaczony jest dla posiadaczek skóry mieszanej i tłustej. Ja zaliczam się do tego pierwszego grona.
Długotrwale matuje w strefie T- to właśnie tam mam największe problemy ze świeceniem się w ciągu dnia. Na twarzy daje satynowe wykończenie, a skóra w dotyku staje się aksamitnie gładka.
Jednak muszę przyczepić się do tego, iż jest bardzo widoczny na twarzy. O ile tuż po nałożeniu nie przeszkadza mi jego bardzo suche wykończenie to w ciągu dnia wygląda nieświeżo, mało estetycznie. Mam nadzieję, że wiecie o co mi chodzi.
Puder nie posiada zapachu, nie uczula i nie zapycha porów.
Koniec końców mam jednak do niego mieszane uczucia. Z jednej strony bardzo podoba mi się satynowe wykończenie i to jak długo utrzymuje mat. Z drugiej uciążliwe wydobywanie produktu i to jak wygląda na twarzy w ciągu dnia nie wywołują u mnie uśmiechu.
Niestety moim ulubieńcem wciąż zostaje puder z MySecret. Chociaż ten wciąż znajdziecie w mojej kosmetyczce. Wydaje mi się, że dużo lepiej sprawdzi się u posiadaczek typowo tłustej skóry. Nie twierdzę, że jest to zły kosmetyk. Na pewno sprawdza się dużo lepiej, niż niektóre drogeryjne odpowiedniki.
Jakie są wasze doświadczenia z sypkimi pudrami? Ryżowe czy bambusowe? A może wręcz przeciwnie, te prasowane? Dajcie znać co gości w waszych kosmetyczkach! :)











